Kaiseki ryori

Zostaliśmy zaproszeni do restauracji na nieformalne spotkanie, choć spotkały się osoby biznesowo powiązane. Potencjalnie.

Restauracja była nie ta i nie tam gdzie pokazała wyszukiwarka. Ale obsługa tej złej wiedziała, gdzie jest ta dobra. Zresztą muszą być jakoś powiązane, bo logo maja to samo, a nazwę niemal identyczną. Znamy kierunek, ale szczegóły umykają, wiec zapytaliśmy policjanta (zawsze jak pytamy, to tak naprawdę robi to Sylwia, bo u mnie słabo nawet z polskim, a co dopiero z obcymi językami). Policjant na japońską modłę zasyczał jak lokomotywa, nabrał powietrza, podrapał się w głowę i wyrecytował zagadkę jak ze starożytnej księgi. Skręćcie w prawo i szukajcie dużo kamieni, a gdy je zobaczycie będziecie pewni, że dobrze trafiliście. Zaraz za zakrętem była restauracja, a przed nią dwa spore kamienie. Ale czy to tu? Chyba nie, za blisko, poza tym tylko dwa. Mamy czas, szukamy dalej. A dalej były – głazy, skały, jak to nazwać? Nie taaaakie duże, a wręcz ogromne. Tworzyły mur, którego nie powstydziłby się zamek Osaka. Za murem restauracja. Z daleka widać, że ekskluzywna. Przed budynkiem ulica się rozszerza i wyznacza miejsce, gdzie taksówki mogą zawrócić. Dalej ulica jest jednokierunkowa.

W sama porę, kiedy nieśmiało zaglądamy do środka, pojawiają się nasi współbiesiadnicy. Następuje wymiana ukłonów, przedstawienie mężów, bo Panie się już znają. Wchodzimy. Zdejmujemy buty, po czym chowamy je do szafeczek, zamykanych na klucz. Kluczyk ma dzwoneczek, co jest bardzo przydatne, kiedy szuka się go po kieszeniach przy wychodzeniu. Kobieta w kimonie prowadzi nas do  jednego z prywatnych pokoi. Tam już czekają pierwsze dania, na niskim stoliku. Cos jak kotatsu, tylko kołdry brak, za to można swobodnie zwiesić nogi i oprzeć stopy na mięciutkim dywaniku malowanym w płatki śniegu.

IMG_6230Dania są tak piękne, że trudno się zmusić, by zniszczyć to dzieło i je po prostu zjeść. Klimatyzowane pomieszczenie wypełnia relaksująca muzyka i dźwięki natury. Zaczynamy od przystawek. Na stół trafia zamówiony alkohol. A kiedy kończymy przystawki pojawiają się kolejne dania. Zupa zimowa. Potem saskimi z ryb poławianych o tej porze roku. Są tak świeże i smaczne, że rozpływają się na języku jak mleczna czekolada. Przyprawy na stole są, ale używanie ich to zbrodnia na smaku, byłoby to, jak kopnięcie szczeniaczka. Następnie shiabu-shiabu, na wywarze rybnym, z puree z białej rzepy,  kapustą i plastrami ryby. Ryba nie ma polskiej nazwy. Danie nazywa się deszcz ze śniegiem. Trochę tak wygląda. Tylko jest gorące. Jeszcze tempera z warzyw i owoców morza. A potem miso, pikle i ryż tak delikatny, że nasi japońscy znajomi są zaskoczeni, czy aby nie za bardzo.  Na deser galaretka z sojowego mleka z mandarynką w słodkim syropie.IMG_6232

Kiedy nasze zmysły są zaspokojone, a brzuch pełne wydawać by się mogło, ze to najlepszy moment na śmierć. Bo czy może nas spotkać coś lepszego? Może. Kobieta w kimonie tym razem nie przynosi jedzenia, tylko zaprasza na spacer. Do ogrodu. Ciemno, ale ogród odpowiednio oświetlono. Momiji, czerwone liście klonu palmowego jakimś cudem nadal są na drzewach. Wszędzie gdzie byliśmy do tej pory, liście leżały pod drzewami.  Jest staw z karpiami, wodospad, pagody, lampiony, wielkie głazy, mchy… A nad wszystkim góruje Tsuki-san. Księżyc, który niestety jest dwa dni po pełni, ale tego prawie nie widać.IMG_6237

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s