Skąd brać internet w Japonii

Kiedyś, dawano temu czytałem o Akihabarze. To chyba było w podstawówce. Później czytałem coś jeszcze, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, jak tam jest naprawdę. Tego nie może sobie wyobrazić ktoś mając wyłącznie europejskie doświadczenie życiowe. Po prostu się nie da. Ale my pojechaliśmy tam w konkretnym celu…

Pierwszy podstawowy cel, to rozwiązanie problemu nawigacji. Można do tego używać drukowanych map, ale przyda się kompas, albo biegłość w czytaniu kanji, ewentualnie bardzo wprawne oko. Bez tych atrybutów pozostaje nam niemal wyłącznie nawigacja w telefonie. Problem w tym, że nie da się ściągnąć mapy Tokyo z GoogleMaps i korzystać z niej offline. Nie i koniec. MapsMe polecany przez internetowych spryciarzy jest wystarczający najwyżej dla backpakerów, co im nie robi różnicy, czy trafią do Ueno, czy Yoyogi. Park jest park, byle w Tokyo. Znam wielu, takich, co te parki odróżnią, ale to weterani. My nie jesteśmy ani weteranami, ani backpakerami.  Często szukamy miejsc, nieoczywistych i nie turystycznych, do których nawigacja ma nas doprowadzić z dokładnością do kilku metrów. A to bywa trudne bez połączenia z internetem. Niby wszędzie można złapać WiFi z powietrza, ale ono działa tylko w teorii. Więcej z tym problemów niż korzyści.

No więc Internet. Jedziemy do Akihabary, bo tam powinno być najprościej zakupić kartę SIM udostępniającą mi Internet. Sylwia i tak planuje zakup abonamentu z numerem, więc Internet będzie miała w pakiecie. Mnie numer jest niepotrzebny. Jedyną osobą do której potencjalnie miałbym dzwonić jest właśnie Sylwia.

Kartę Prepaid Data SIM, bo tak tego trzeba szukać, można zakupić na lotnisku, nawet w automacie. I z punktu widzenia osoby, która tego nie zrobiła, polecam nie iść w moje ślady. Ale mnie nie pasowała ani cena, ani okres ważności karty. Przez co, dwa dni błądziliśmy, tracąc łącznie kilka godzin na szukanie drogi lub próbowanie złapania WiFi.

Jest alternatywa, ale opłacalna chyba tylko jak się jedzie do Japonii całą rodziną, albo paczką znajomych, albo ma wiele urządzeń, które z jakiegoś powodu muszą mieć podpięcie do sieci. Kieszonkowe WiFi. Pocket WiFi, to mały gadżet, który udostępnia bezprzewodowo sieć n kilka urządzeń. Też można załatwić sobie na lotnisku, albo w sklepie z elektroniką.

Nasz cel, to Bic Camera. Tam poza kartą SIM można kupić bilet na metro 72h za jedyne 1500¥. Trzeba mieć do tego paszport. Ale to raczej nie problem.

Bilety ostatecznie kupiliśmy w Ueno, na stacji, której wielkość mnie poraziła. Nie architektonicznie, tylko tak jakoś. Ilością ludzi i w ogóle…

Dojazd z Ueno do Akibahary jest dziecinnie prosty, zwłaszcza jak już się ma bilet. Trzeba tylko pamiętać, że bilet działa u obu przewoźników metra, ale na linie kolejowe już się nie nadaje. Dowiedzieliśmy się tego próbując wejść w podziemną kolejkę, która nie była metrem. Pozdrowienia od Hajzera.

Akihabara, w moich wyobrażeniach była czymś między Stadionem X-lecia, Wolumenem i Supermarketem z elektroniką.

Nie jest tym.

To dzielnica z wyjątkowo szerokim skrzyżowaniem, na którym jest relatywnie mało aut, a dużo pieszych (przynajmniej za dnia). Jest tam też spora stacja i miliony sklepików. Choć słowo sklepik jest nie do końca właściwe. Wyobraźcie sobie wolno stojący salonik prasowy, taki ciut większy kiosk ruchu. Tylko ciut. A teraz drugi stojący 10 cm obok, a między nimi tylko tyle miejsca, żeby zmieściła się rynna i miernik zużycia prądu. A teraz ten obraz pomnóżcie razy kilkaset. Zaczyna wyglądać jak bazarek? No to źle wygląda. Dodajmy do każdego kiosku 8 albo 12 pięter. Robi się kuriozalnie? To jeszcze oklejmy to kolorową folią reklamową, najlepiej z postaciami z Anime. I walnijmy od góry do dołu wielki szyld. Wciąż za mało. Musimy dodać hałas, czyli audio reklamę z głośnika, albo nawoływania sprzedawcy o niezniszczalnym gardle. Mniej więcej mamy Akihabarę.

IMG_4977-2

Do opisu Akihabary dodajmy jeżdżące po okolicy ciężarówki reklamowe. Ciężarówki z prawdziwego zdarzenia, takie TIRy, a nie japońskie dostawcze autka wielkości Seicento. Zwykle jadą stadem. Powiedzmy trzy, gęsiego, oblepione reklamą jakiegoś klubu z hostessami, albo sklepu z grami video. I robią jazgot nadając reklamę audio z głośników, jakby ktoś nie zauważył trzech ciężarówek na pustej ulicy.

Bic Camera jest łatwa do rozpoznania, bo ma pole podstawy dwu, albo i trzykrotnie większe od sąsiednich budynków, jest biała i ma czerwony szyld. I drze ryja wwiercającym się w mózg dżinglem „biku-biku-biku-bik kamera”. Przysięgam, nie da się tego wymazać z głowy.

Chyba na 3 piętrze rzuciły nam się w oczy karty SIM. Sprzedawca szybko znalazł dla mnie dobrą ofertę i ofertę dla Sylwii też, choć nie było tego w planie. Formalności, którym musiałem się poddać polegały na sprawdzeniu, czy karta zadziała na moim telefonie, opłaceniu karty w kasie i tyle. Do instrukcji, co mam zrobić dalej (jak ustawić telefon), dostałem arkusz papieru do origami i instrukcję obrazkową jak złożyć żurawia. Sylwia miała trochę więcej do załatwienia, co zajęło +/- 40 minut i kosztowało 1¥. ale ma już telefon, a to jej na pewno życie ułatwi. W międzyczasie jak Sylwia wypełniała papierki, ja się poddałem i uznałem swoją słabość wobec techniki. Nie umiałem znaleźć jakiejś tam opcji w telefonie. Natomiast sprzedawca poradził sobie z tym świetnie i nawet nie przeszkadzało mu, że telefon ma menu wyłącznie po polsku.

Wracając na stację Metra, szukaliśmy, choć bez entuzjazmu i dociekliwości, czy mają jakieś fajne używane laptopy. Jak się prezentują nówki sztuki miałem okazję sprawdzić w Bic Camera, a kilka godzin wcześniej w Yodobashi Camera u Ueno.

Mała sugestia, kiedy brakuje Wam Internetu, to idźcie do sklepu z komputerami. Wszystkie laptopy jakie oglądałem były podpięte do sieci.

Co do mojego przyszłego zakupu miałem względnie skonkretyzowane wymagania i budżet. Budżet większy niż planowany, bo rzutem na taśmę, sprzedałem swój stary laptop na 2h przed odlotem do Japonii.

W jednym sklepie, tuż przy stacji metra, coś mi wpadło w oko. Musiałem to skonsultować z bratem, który od lat jest dla mnie wyrocznią w dziedzinie zakupu komputera. Tak się złożyło, że brat wpadł akurat na weekend do Tokyo. To był jego pierwszy raz w Japonii. A nawet pierwszy dzień w tym kraju. I w ogóle, to on planował przyjazd niezależnie od nas. To, że nam się terminy pokryły, to jakiś braterski fart.

Wieczorem pojechaliśmy i zakupiliśmy. Oczywiście kupiliśmy inny niż ja bym wybrał. Tańszy, mocniejszy i lepiej skonfigurowany pod moje z fotografią zabawy. A do tego ma matrycę jak marzenie. Sprzedawca twierdził, że ten jest tańszy od tego obok, bo ma więcej rys i zadrapań. Ja tam tych rys nie widzę wcale. I nie dlatego, że nie chcę. Ktoś chyba kupił go 4 lata temu i postawił w hermetycznej gablocie. Kabel od ładowarki wygląda na nigdy nie używany, a pudełko też najwyraźniej stało w gablocie. Na co mi pudełko? Zatrzymałbym, bo ładne, ale zupełnie nie praktyczne i jeździć z nim po całej Japonii nie będę. I tak się cieszę jak dziecko, bo mam komputer o 6, czy 7 lat młodszy od poprzedniego i kolejne kilka lat zamierzam go używać.

IMG_2391

Układ klawiatury jest śmieszny, bo ma dodatkowy przycisk do wprowadzania symbolu ¥, oraz dwa przyciski tylko do tego, żeby zmienić normalne pismo, na ひらがな, i odwrotnie. Przez to trudno trafić w spację, bo jest krótka, a alt jest tylko jeden.

Ale mam go. Komputer z Akihabary. Ale czad!!! Ale lans!!! I szczyt hipsterstwa… Nie podskoczy mi byle drwal z Wilanowa, z fryzurą a’la Neo udający samuraja. To ja jestem Pan i władca na krańcu świata.


Janusz 😃💻🇯🇵

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s